O byciu ładną.

Odpowiadam na:

 

 

Na wpis ten trafiłem poprzez wyszukiwanie w Google’u najlepszych blogów w polskim internecie. Nie spodziewałem się na takiej zasadzie trafić na coś ciekawego, bo raczej jestem przyzwyczajony, że dobre wpisy niekoniecznie pojawiają się na najpopularniejszych blogach. A jednak miło się zaskoczyłem.

Myśl pierwsza – nie mam dzieci, którym mógłbym przekazać to, co autorka bloga próbuje przekazać swoim. Nawet nie wiem, czy bym umiał. Ogromnie mi się podoba to, że MF skupia się nie tylko na tym, co mówi dzieciom, ale też na tym, jaki daje im przykład. Myślę, że to szalenie ważne. Mam nawet poczucie, że to, co się mówi dzieciom, jest nierzadko wtórne względem tego, co przekazujemy dzieciom drogą niewerbalną.

Wychowywanie dzieci musi być niesamowicie stresujące. Na pewno byłoby dla takiego perfekcjonisty, jak ja. Dziecko chłonie jak gąbka wiedzę o świecie przez cały czas, nie ma przycisku „pauza”. Widzi wszystko, co robisz. Nie da się w pełni kontrolować przekazu, który mu dajesz, ani który światu mu daje. Widzi to, co dobre, ale widzi też złość, brak cierpliwości, agresję, również bierną, zazdrość. Wszystko to, co prawdopodobnie chcielibyśmy, żeby wchłaniało w jak najmniejszym stopniu. Ale jednocześnie nie da się kontrolować siebie 24/7, a świata to już w ogóle, żeby przekazywać dziecku tylko te najlepsze rzeczy.

Przeraża mnie wychowywanie dzieci prawdopodobnie dlatego, że moi rodzice byli okropnie chujowymi rodzicami. Im dalej brnę we własną psychoterapię, na którą chodzę od prawie roku, tym bardziej widzę, że byli tak zajęci nielubieniem siebie nawzajem, że nie starczało im już za bardzo energii do zajęcia się potrzebami emocjnalnymi swoich dzieci. Żeby nie było – na poziomie funkcjonalnym byli świetni. Jedzenie było, zawiezione było, wyprasowane było, mimo że finansowo było przeciętnie, a później nawet poniżej przeciętnej. Tylko emocjonalnie brakowało, bardzo bardzo mocno, a nierzadko emocjonalnie nas po prostu krzywdzili.

Tak więc bardzo podziwiam takie osoby jak Miss Ferreira. Bardzo szanuję ich starania bycia dobrymi rodzicami. Wiadomo, nie zawsze wszystko da się zrobić dobrze, ale starania są najważniejsze. I jestem pod dużym wrażeniem tego, że wypowiedź ośmioletniej córki autorki bloga aż tak ją poruszyła. Bo zgadzam się, że taka wypowiedź tak małego dziecka to ważny sygnał. Życzę MF, aby udało się jej jak najlepiej wyprowadzić tę sytuację.

Druga rzecz, która poruszyła mnie w tej notce, to współczesny świat, który atakuje nas obrazami idealnych ludzi. Właściwie sami się nimi atakujemy. Sam jestem w tej lekko specyficznej sytuacji, że od zawsze odczuwam bardzo silny pociag seksualny do umięśnionych mężczyzn. Wiążę się to z tym, że regularnie oglądam zdjęcia i filmy z tak zbudowanymi facetami i siłą rzeczy to wpływa na mój obraz tego, jak mężczyzna powinien wyglądać. Łapię się czasem na tym, że patrzę na facetów na ulicy i zastanawiam się, co jest z nimi nie tak, bo przy dobrych wiatrach co setny wygląda tak, jak ci z moich filmów i zdjęć. Bardzo częsta ekspozycja na obrazy przedstawiające zdecydowanie ponadprzeciętnie zbudowanych facetów ma wpływ na to, jak widzę otaczającą mnie rzeczywistość i samego siebie. Obecnie mam to pod jako taką kontrolą, ale miałem w życiu moment, kiedy kompleksy na punkcie własnego wyglądu zaczęły mi utrudniać normalne, codzienne funkcjonowanie. Mniejsza o to – ważne jest to, że 100 lat temu ludzie widzieli głównie innych, normalnie wyglądających ludzi. Współcześnie jesteśmy w stanie tak bardzo nasycić nasz czas oglądaniem ludzi wyglądających ponadprzeciętnie, że zaczynamy uznawać to za normę. Daleki jestem od jakiegoś ośmieszania ludzi za częste oglądanie porno lub uzależnienie od niego, ale tak, mam poczucie, że regularna styczność z takimi materiałami z dużym prawdopodobieństwem zaburzy w jakiś sposób postrzeganie rzeczywistości odbiory. Współcześnie to jest takie proste. A poczekajmy 10-20 lat, aż mocno rozwinię się VR – myślę, że jako ludzkość doświadczymy zupełnie nowego poziomu uzależnień i zaburzeń w postrzeganiu rzeczywistości i oczekiwaniach wobec niej.

Zastanawia mnie, jako odwiecznego pesymistę, na ile właściwie rodzic ma wpływ na dziecko w momencie, kiedy w otoczeniu dziecka istnieją tak silne przekaźniki, jak telewizja i internet. Tabuny ludzi pracują nad tym, żeby spowodować, żebyśmy czuli się ze sobą źle, bo dzięki temu napędzamy gospodarkę kupując produkty i usługi, dzięki którym wydaje nam się, że będziemy pełniejsi. Od kosmetyków po operacje plastyczne. Od „Men’s Health” po suplementy diety z najwyższej półki. Wszystko to bardzo sprytnie podlane pozornie niewinną ideologią dbania o siebie. Oczywiście, że w samym dbaniu o siebie nie ma niczego złego. Ale biznesowi nie zależy na naszym dobrostanie – im dalej pójdziemy w tym „dbaniu o siebie”, im bardziej nam na jego punkcie odbije, tym więcej złotówek/dolarów/euro na nas zarobią. Biznes ma biznes w tym, żebyśmy nie lubili siebie. I mam wrażenie, że z dekady na dekadę ma coraz lepsze i bardziej wysublimowane narzędzia, żeby nas w tym siebie-nielubieniu utwierdzać. Jak rodzic ma z tym walczyć? Czy na pewno rozmowa i powtarzanie dziecku jak mantry, że dla nas jest idealne, może się tej machinie przeciwstawić?

Cieszę się, że trafiłem na bloga MF i na tę notkę. Miło czasem przeczytać o tym, że ludzie potrafią się jednak starać. Bo przez większość czasu mam wrażenie, że ludzie to generalnie mają wszystko w dupie. A tu się, co miłe, okazuje, że jednak nie. Dziękuję.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *